Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fantastyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fantastyka. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 24 grudnia 2020

Muspelheim - Rozdział 4

 * *

- Meri, idź już spać.

Hinata stanęła w progu, ubrana w koszulę nocną. Próbowała zasnąć od przeszło godziny, ale hałasujący przyjaciel jej to utrudniał.

- Meri! - Uniosła nieco głos, widząc, że jej wcześniejsza prośba odbiła się od niego, nie przynosząc żadnego efektu.

- Kładź się, a ja niedługo przyjdę. - Odburknął jej mimo chodem, nie odrywając się od wykonywanych czynności.

- Meri, mówisz tak od trzech godzin. To koniec. Sam powiedziałeś, że nie naostrzymy magicznego miecza, bo to niemożliwe.

- Nie możliwe dla mnie, ale musi być jakiś sposób, a ja go znajdę. Naostrzę ten żelazny patyk i wepchnę temu cwaniakowi w cztery litery aż po rękojeść.

- Meri, proszę. Na pewno jest inny sposób na to, abym nauczyła się jak pokonać Sakurę. Nie musimy liczyć wyłącznie na Sasuke. Skoro dał nam takie zadanie, to najwyraźniej nie chciał mnie uczyć.

- Z tym większą radością przytrę mu nosa.

- Meri, proszę. To nie ma sensu. - Kucnęła koło niego, by choć na chwilę odciągnął się od poszukiwań i aby skupił uwagę na jej słowach.

- Jestem pewny, że starucha musi mieć coś w tych swoich mądrych księgach. Ty idź spać, a ja znajdę co trzeba i rano wszystko ci opowiem.

Nie miała już siły z nim walczyć. Kiedy się uparł, to nie dało się go przekonać.

- To chociaż postaraj się być ciszej, abym ja z naszej dwójki robiła to co się robi nocą.

- Tak, tak. Dobranoc.

Nawet na nią nie spojrzał. Machnął niedbale ręką na pożegnanie, kartkując kolejną z opasłych ksiąg. Przez ostatnie trzy godziny przekartkował tak wiele stron, że zaczynały się mu już dwoić litery w oczach.

- Musi być jakiś szybszy sposób. - Odezwał się sam do siebie.

Zamyślił się chwilę. Podrapał po brodzie. W końcu przyszło mu do głowy pewne zaklęcie. Wypowiedział je zbyt szybko, myląc słowa. W małym pokoiku większość ksiąg runęła z łoskotem na podłogę. Hinata wbiegła do środka, patrząc co się dzieje.

- Nic ci nie jest? Meri?

Odkopała go spod sterty książek, z niezadowoleniem patrząc na to co się stało.

- Wszystko dobrze. - Odpowiedział jej masując sobie obolałe miejsce na głowie.

- To koniec. Marsz do łóżka! - Wypowiedziała słowa stanowczo, aby wiedział, że nie żartuje.

- Muszę? - Spojrzał na nią błagalnie jak małe dziecko, mimo iż był starszy o kilkadziesiąt lat, ale szybko odpuścił. Nie posiadał uroku małego kotka, który jak zamiauczy i zrobi słodką minkę, to nikt mu nie odmówi. Bliżej było mu z wyglądu do podróżnego komedianta. - Poszukam jutro.

- Nie poszukasz. Jutro z samego rana pójdę oddać miecz.

- Nie możesz!

- Owszem mogę, a ty mnie nie powstrzymasz.

- Dlaczego chcesz się teraz wycofać? We dwoje coś wymyślimy.

- Meri, nie. To koniec. Jutro pomyślimy nad innym pomysłem. Ja przecież nie nadaję się do walki. Nie pokonałabym Sakury choćbym ćwiczyła dziesięć lat. Sasuke to jej przyjaciel, więc nic dziwnego, że nie chciał mnie szkolić. Odpuść.

- Ja się nigdy nie poddaję.

- Ten jeden raz musisz, jeśli chcesz dalej się ze mną przyjaźnić.

Wobec takiego argumentu nie mógł dyskutować. To było oczywiste, że chciał się z nią przyjaźnić. Ona była dla niego jak rodzina, to też czasami myślał, że lepiej, aby nigdy nie związała się z żadnym mężczyzną, bo wtedy go nie zostawi. Ze spuszczoną głową poszedł do swojego legowiska. Ułożył się, bezmyślnie patrząc w sufit. Zawiódł ją, a pomyśleć, że jeszcze kilka godzin temu był pewny, że nic go nie zaskoczy. Słyszał jak Hinata układa na półkach książki, które on pozrzucał. Minęło trochę czasu, zanim uporała się z całym bałaganem. Kiedy podeszła do niego, udawał, że śpi. Czuł się źle z myślą o swojej porażce i nie chciał widzieć jej rozczarowanych oczu. Hinata pochyliła się nad skrzatem, składając mu lekki pocałunek na czole.

- Najważniejsze, że mamy siebie. Resztą nie musisz się martwić, głuptasku. - Wyszeptała na tyle cicho, aby go nie obudzić. Nie wiedziała, że on jedynie udawał.

Meri poczuł przypływ jeszcze większej determinacji. Mieli tylko siebie i mogli liczyć wyłączne na siebie, co oznaczało, że nie mógł się poddać tak po prostu. Skoro kochał Hinatę niczym członka rodziny, musiał zrobić wszystko co tylko możliwe, aby pomóc jej w dążeniu do szczęścia. Odczekał, aż oddech dziewczyny upewnił go, że śpi, po czym cichaczem poszedł do pokoju z książkami. Tym razem zabrał się za swoje zadanie z większą rozwagą. Jego zaklęcia były przemyślane. Zaczął więc od odizolowania pomieszczenia od reszty świata. W takim miejscu mógł hałasować dowolnie, mimo tego starał się nie spowodować żadnej kolejnej katastrofy. W końcu nie każde jego zaklęcie działało tak jak powinno.

 

Tego dnia Hinatę obudziły intensywne promienie słońca, uparcie atakujące jej powieki. Przeciągnęła się, ziewając. Zbyt późno położyli się spać, przez co czuła wielką chęć, aby jeszcze chwilę zostać w łóżku. Miała jednak swoje obowiązki, które należało wypełnić. Odrzuciła pierzynkę zamaszystym ruchem i wstała. Rozejrzała się po izbie, dostrzegając przyjaciela śpiącego z jedną ze starych ksiąg. Obejmował ją zarówno rękoma, jak i małymi nóżkami. Uśmiechnęła się pod nosem, po czym poszła nakarmić zwierzęta, które hodowała. Uwinęła się szybko, aby jeszcze przed śniadaniem zajść do Sasuke. Meri za bardzo się nakręcił i teraz istniał tylko jeden sposób, aby go przystopować. Mianowicie, trzeba było oddać magiczny miecz, przyznając się do porażki. Plan wydawał się jej dobry. Wystąpił tylko jeden szkopuł. Nie pozostał nawet ślad po zaczarowanej broni.

- O nie. - Hinata rozglądała się coraz bardziej nerwowo. - Meri wstawaj! Miecz zniknął. Meri! - Podbiegła do niego, szarpiąc go za ramie. - Meri, zniknął miecz Sasuke. On mnie zabije, jak się dowie, że zgubiłam jego pamiątkę rodzinną. - Odburknął jej coś niezrozumiale, nie otwierając nawet oczu. - Meri, pomóż mi. Musimy znaleźć miecz.

- Jest dobrze. - Sarknął pod nosem, okrywając się szczelniej pierzyną.

- Już po mnie. - Zapiszczał kobiecy głosik.

Ponownie zaczęła przewalać wszystkie rzeczy w pokoju, licząc, że po prostu się zawieruszył.

- Jak można zgubić miecz? - Zapytała samą siebie. - To nie nożyk do masła, tylko wielki miecz.

- Nigdy go nie znajdziesz. - Burknął Meri zaspanym głosem. Był tak zmęczony, że nie pofatygował się nawet, aby otworzyć oczy.

- Co znaczy, że nigdy go nie znajdę? - Mina Hinaty nie wróżyła nic dobrego. Ostatnia wypowiedz przyjaciela, zasugerowała jej, że on może mieć coś wspólnego z owym zniknięciem. Nie usłyszawszy odpowiedzi, podeszła bliżej skrzata. - Meri, co zrobiłeś z mieczem?

- Schowałem.

- Żartujesz?

Skrzat zaprzeczył ruchem głowy.

- Nie pozwolę abyś go odniosła, zanim go nie naostrzę.

- Meri, - kucnęła przy łóżku przyjaciela - dlaczego jesteś taki uparty?

- Mogę w świecie skrzatów uchodzić za nie skrzata, w świecie trolli za nie trolla, ale jedno jest pewne. - Meri niechętnie otworzył oczy. Usiadł na swoim legowisku i spojrzał przyjaźnie na dziewczynę. - Meri nigdy się nie poddaje.

- Czasami aż za bardzo. - Odrzekła zrezygnowana. 

Szach i mat. Miecz schowany, a on kupił sobie w ten sposób czas na szukanie sposobów.

- Za każdym razem się to opłaca. - Skrzat uśmiechnął się z przekąsem, jednoczenie głaszcząc książkę z którą spał.

- Coś znalazłeś? - Zapytała nie dowierzając, że mogło mu się udać.

- Oczywiście. Książka spisana jest w pradawnym języku, a ja wyszedłem trochę z wprawy, więc potrzebuję czasu na jej zrozumienie. Jest jednak dział poświęcony magicznym przedmiotom i sposobach na utrzymanie ich świetności na wieki.

- O ostrzeniu mieczy też?

- Tego jeszcze nie znalazłem. Nie chciałem jednak, abyś odniosła miecz, zanim dowiem się, czy jest jakiś sposób na odtworzenie dawnej postaci. Podejrzewam, że łatwiej byłoby zdobyć nowy.

- Moglibyśmy więc zdobyć nowy taki jak ten co miał Sasuke?

- Jak się dowiem, dam ci znać. - Meri wskazał na książkę. - Muszę jednak jeszcze chwilę pospać, by odzyskać siły. Użyłem w nocy wielu potężnych zaklęć i teraz nawet rozmowa z tobą sprawia mi ból.

- Niech ci będzie. Tylko nie prześpij całego dnia.

Skrzat z chęcią padł z powrotem na poduszkę i niemal momentalnie zasnął. Hinata spojrzała na niego z lekkim uśmiechem. Nie znała nikogo tak upartego jak ten mały żartowniś. Potrafił bawić się i wygłupiać jak mały chłopiec, ale kiedy coś postanowił, to nie odpuszczał, tylko próbował z całych sił. To było niesamowite, że tak małe ciałko, ma w sobie tak wielką determinację i upór potężnych wojowników opisywanych w legendach i baśniach.

 

 

Jak tylko Meri wypoczął, zabrał się za studiowanie znalezionej księgi. Wertował stare zapiski dotyczące języka pradawnych, czasem zwanych stworzycielami. Po kilku godzinach leżało wokół niego dodatkowo siedem różnych ksiąg. Skrzat nierzadko klął siarczyście, nie mogąc pojąć znaczenia zapomnianych słów. Popołudnie zleciało szybko, ustępując wieczorowi. Hinata ze smutkiem oglądała poczynania przyjaciela. Nie tak wyobrażała sobie przyjmowanie zadania od Sasuke. Miało być szybko i bezboleśnie, a wyszło jakoś tak dziwnie. Nie przeszkadzając przyjacielowi, położyła się spać, gdy tylko zapadła noc. Przez okno spoglądał na nią biały księżyc, wyglądem przypominający spuchniętego melona.

Tym razem to jednak nie słońce zbudziło ją z pięknego snu, a jej przyjaciel. Krzątał się po izbie, szukając czegoś w jednej z szuflad.

- Meri? - Hinata zwróciła się do przyjaciela, nie rozumiejąc czemu ma na sobie wyjściowe ubranie, a w ręku płaszcz, jaki zakłada tylko wtedy, gdy... - Wychodzisz? Chcesz się spotkać z... - Nie dokończyła, czując jak zasycha jej w gardle.

- Z ciotką. - Dokończył jej zdanie, odpowiadając od razu na niezadane pytanie. - Tylko z ciotką. Innych będę unikał. - Mrugnął do niej, ale było widać, że nawet jego stresuje wejście do wioski skrzatów. - Te wszystkie księgi są do dupy. Szczegółowo opisali medaliony, talizmany, rytuały, część z mikstur, ale o magicznej broni była tylko jedna wspominka. Jedyna wartościowa rzecz, jaką znalazłem, to że są stwory trzymające piecze nad wszystkimi magicznymi przedmiotami.

- O tym była ta wspominka?

- Nie. Napisali, że magiczny oręż ma związek z fazami księżyca.

- Co to oznacza? - Zapytała nie rozumiejąc czy to dobrze, czy też źle.

- Może nic, a może wszystko. Mamy niecałe dwa tygodnie. Jeśli coś wiąże się z księżycem, to prawie na pewno chodzi albo o pełnie, albo o nów. Jeżeli Sasuke wie o mieczu więcej niż my i faktycznie chciał się nas pozbyć, to miecz ma związek z zaćmieniem księżyca i może się okazać, że magiczne zaklęcie zadziałają tylko wtedy, gdy na niebie nie zaświeci Srebrny Glob.

- Myślisz, że jest taki? - Zapytała czując jak całe jej ciało zalewa nieprzyjemne uczucie. Przecież nie zrobiła Sasuke nic złego. Zamiast robić jej nadzieję, mógł powiedzieć wprost, że jej nie pomoże. Ona mu zaufała, a on ją oszukał.

- Może, tylko coś mi w tym wszystkim nie pasuje. - Meri zamyślił się chwilę, po czym kontynuował. - Uchiha jest przywiązany do swojej pamiątki rodzinnej, ale miecz jest tępy i przez to bezużyteczny. W tej chwili robi za dekorację. Poza tym, to magiczny miecz, a chłopak jest ślepy na magię jak kret na słońcu.

- Dlatego ruszasz do ciotki?

- Tak. Ona będzie wiedziała więcej. Musimy znaleźć tego opiekuna magicznych przedmiotów. On nam pomoże. Na stoliku przygotowałem ci szkic wszystkiego co będziemy potrzebowali na wyprawę. Ktoś tak ważny na pewno chowa się w miejscu, gdzie ciężko się dostać i łatwo można zginąć. Potrzebujemy więc płaszczy i kilku innych niezbędnych rzeczy. Umiesz wyplatać i szyć. Zajmij się więc wszystkim, a jak tylko wrócę, wyruszymy w podróż.

- Długo cię nie będzie?

- Góra dwa dni. Musimy założyć, że chodzi o pełnie księżyca, a więc będziemy mieli od mojego powrotu tylko sześć dni na wykonanie zadania. To do zobaczenia.

- Do zobaczenia. - Odpowiedziała dziewczyna z niepewnym uśmiechem.

Meri był kochany i cudowny, ale jego upór nie raz przysporzył mu kłopotów co nie miara. Raz z takiego niewinnego wypadu do wioski skrzatów, wrócił ledwo żywy. Dał się sprowokować przez jednego z kuzynów i chciał udowodnić swoją odwagę, robiąc psikusa wyjątkowo paskudnemu mieszkańcowi dzikiego lasu. Początkowo wszystko szło zgodnie z jego planem, ale na końcu zgubiła go jego pewność siebie. Wpadł w jedną z pułapek i tylko cudem udało mu się z niej wydostać. Ledwo żywego odnalazł Duch Lasu i pomógł mu wrócić do Hinaty. Dziewczyna zajęła się przyjacielem od razu, przywracając go do zdrowia. Meri wiedział, że ma wielkie szczęście, bo rzadko kiedy zdarza się, aby Duch Lasu ingerował w losy stworzeń nie będących mieszkańcami matecznika. Chciał mu podziękować, ale nigdy więcej go nie spotkał, a nawet gdyby stanął przed nim ponownie, to nie wiedziałby czy to ten sam. Oni wszyscy byli tacy sami, z twarzami schowanymi pod kapturem, bezgłośni, bezzapachowi, władający potężną magią lasu. Niedościgniony wzór dla każdego stwora, chcącego pochwalić się magicznymi sztuczkami.

 

* * *

Hinata szybko uporała się ze swoimi obowiązkami, aby jeszcze przed obiadem zasiąść do zadań jakie wyznaczył jej Meri. Miała jeden, góra dwa dni na przygotowanie tego o co poprosił, dlatego musiała szybko zabrać się do pracy, a w razie potrzeby, zarwać noc. Kiedy Meri mówił o szyciu i wyplataniu, nie miała pojęcia jak czasochłonne zadania jej wyznaczył. Sam wzór płaszczy nie był trudny, bardziej kłopotliwy okazał się materiał oraz dodatki. Okazało się bowiem, że kierunek ułożenia włókien liczył się bardziej niż łączenie materiałów, a w każdy z kawałków materiałów, należy wszyć białą nitkę, zamoczoną wcześniej przez równo siedemnaście minut w miksturze przygotowanej zgodnie z zaleceniami skrzata. Kiedy Hinata myślała, że nic trudniejszego już spotkać jej nie może i jakoś poradzi sobie z każdym zadaniem, na odwrocie jednej z kartek dostrzegła rysunek z opisem liści bagnistej rośliny. Miała z nich upleść dwie torby. Splot nie powinien przysporzyć jej problemu. Posługiwała się już wielokrotnie podobnym. Skrzywiła się widząc nazwę bagnistej rośliny, jaką miała wykorzystać przy tej pracy. Wiedziała, że to właśnie od tego zadania powinna zacząć. Zabrała kilka niezbędnych rzeczy i wyszła pospiesznie w stronę bagna. Musiała się śpieszyć, aby nie zastał ją wieczór nim skończy zbierać potrzebną ilość produktu.

 

Zadanie z pozoru było proste. Należało jedynie zerwać kilkanaście czy też kilkadziesiąt długich cienkich liści, wyrastających z wody. Wybrana roślina rosła tylko w jednym z pobliskich bagien, ogrodzonym wiekowym już płotkiem, mający przestrzec przypadkowych przechodniów przez wpadnięciem do brudnej wody. Płot powstał zapewne lata temu, po tym, jak wielu śmiałków weszło, bądź wpadło do grzęzawiska, ale żaden nie wyszedł. Ludzie opowiadając o owej sadzawce podzielili się na dwa obozy. Ci bardziej bojaźliwi, jak nazwała ich druga z grup, twierdzili, że w bagnie mieszkają złe moce, tudzież diabły które wciągają w najgłębsze miejsce i przytrzymują tak długo, aż ciało przestaje walczyć i umiera. To kara za wchodzenie na teren należący do zła. Drugą grupę reprezentowali sceptycy, głosząc tezę o dużej ilości mułu i grząskich piaskach, które wciągają człowieka i od cała zasada śmiertelności. Spójności brakowało w kwestii wytłumaczenia co jest przyczyną nietypowego zjawiska. Obie grupy były jednak zgodne co do tego, że to miejsce należy obchodzić szerokim łukiem, bo nikt, kto chce żyć, tam nie wejdzie świadom zagrożenia. Gdyby ktokolwiek zobaczył, że Hinata przechodzi przez płot, za pewne już wziąłby ją za szaloną. Ona odważnie podeszła do linii bagna. W dzień, w dodatku na brzegu była bezpieczna. Ujęła w dłoń kilka z interesujących ją liści i westchnęła zrezygnowana. Owszem, to była ta roślina, która ją interesowała, ale żaden z pobliskich, podłużnych pasm, nie posiada charakterystycznego białego paska, o którym pisał Meri. Próbowała wpatrzeć się w głąb bagna i dostrzegła to co potrzebowała. Delikatna, jasna niteczka na zielonym tle odbijała promienie słoneczne, pobłyskując z daleka. To znaczyło, że aby zebrać to co potrzebne, należy wejść do wody. Gdyby to zadanie powierzyć komukolwiek innemu, owy człowiek by nie wrócił. Z całej wioski tylko Hinata znała sposób, przekazany jej kiedyś przez staruchę. Z torby wyjęła materiał służący jej za bandaże. Dokładnie owinęła obie nogi aż do kolana. Suknię musiała zrzucić, pozostając jedynie w bieliźnie, by przypadkiem długi i ciężki materiał nie zaplątał się ani nie wybrudził. Gotowa na to co ją czeka, zaczęła zrywać pobliskie liście, obwiązywać nimi materiał na nogach. Starała się dokładnie pokryć stopy, tak aby nigdzie nie wystawała jej skóra. Kiedy upewniła się, że wszystko jest dobrze przygotowane, powolutku weszła do wody. Nienawidziła tego robić. Mimo wszystko zarzuciła kosz na plecy i ruszyła w stronę mieniącego się, białego pasemka w zielonej gęstwinie. Owe zamulone dno, było w rzeczywistości ogromną zgrają wijących się stworzeń. To nie muliste dno wciągało w głębie, a żywe organizmy jakimi wypełniony były moczary. Nawet przez dwie warstwy ochronne, jakimi owinęła nogi, czuła jak zaspane, obślizgłe stwory ocierają i owijają się wokół jej stóp. Sama wybudzała je z półsnu, torując sobie przez nie drogę do celu. Gdyby nie pokryła nóg liśćmi, to nie dałaby rady przejść kilku kroków, a już wciągały by ją głębie, przytrzymując tak długo, aż nadejdzie zmrok. Po zmroku w bagnie budziła się prawdziwa maszkara, rządna ofiary oraz krwi. Hinata nigdy jej  nie widziała, ale słyszała, że jest tak brzydka i obleśna, iż nie warto narażać się na spotkanie z nią. Obślizgłe glizdy były jej pożywieniem. Gdy w bagienku pojawiało się inne stworzenie takie jak człowiek, maszkara ochoczo pochłaniała nieszczęśnika, oszczędzając wijące się stwory z pobliża. To nie złe moce były przyczyną wielu zaginięć, ani muliste dno. To po prostu był fragment jednego z łańcuchów pokarmowych. Kiedyś to wiedziano, ale to były dawne czasy. Pozostały po nich jedynie legendy z znacznie zmienioną treścią, czasem kompletnie mijającą się z prawdą o tym jak to naprawdę było.

Hinata prócz znajomości sposób na bezpieczne wejście w moczary, musiała pamiętać jeszcze o kilku ważnych rzeczach. Nie mogła się zasiedzieć, a przed zmrokiem powinna znaleźć się już za płotkiem, bo gdy bestia się budziła, mogła wciągnąć nieszczęśnika znajdującego się na brzegu. Wraz z wiekiem potwora, macki robiły się coraz dłuższe, dając większe pole manewru i lepsze łowy. Musiała też cały czas dreptać, gdyż ustanie z miejscu mogło doprowadzić do zablokowania jej dolnych kończyn, co wiązało się z miarowym zapadaniem, nie wróżąc szans na powrót. Należało też cały czas mieć oko na koszyk, zapełniający się starannie wybieranymi liśćmi. Gdyby zawartość wpadła do wody, straciłaby ją. Nieowiniętych liśćmi dłoni, nie mogłaby włożyć w moczary. No i co równie ważne, musiała kontrolować czy owijające się wokół niej stwory, które nieustannie ocierały się, a czasem uderzały bądź lekko kąsały w niezadowoleniu, że na nie staje, nie poluźnią starannych owinięć bandażem i liśćmi. Wiedziała jak cienka linia dzieliła ją od własnej tragedii. Ryzykowała dużo, nie do końca wiedząc, co dzięki temu może zyskać. Cel końcowy był jednak prosty. Dla Naruto zrobiłaby o wiele więcej.

 

Czuła ogromne zmęczenie, wychodząc z bagna. Chwilę siedziała na brzegu, łapiąc oddech ulgi. Udało się. Położenie słońca sugerowało, że ma całkiem dobry czas. Musiała jednak dać chwilę odpoczynku własnym stopom. Jej dolne kończyny zdawały się być ciężkie jak z kamienia, a mięśnie potwornie napięte. Dopiero po kwadransie odwiązała bandaże wraz z liśćmi i wrzuciła je do wody. Nie miało sensu zabierać ze sobą materiału. Nasiąknięty brudem z grzęzawiska, nie nadawał się już do użytku, nawet po długim i dokładnym czyszczeniu. Dziewczyna marzyła o szklance wody z odrobiną kompotu z malin. By móc się napić, trzeba było się zbierać. Włożyła suknię i podeszła do płotka. Usłyszała szmer i cichy szept. Ktoś ją podglądał. Bujna trawa wokół starego ogrodzenia nie była aż tak okazała, aby schować dorosłego i pokaźnego człowieka. Wiedziona przeczuciem, zbliżyła się do źródła hałasu, nasłuchując.

- Cicho, bo nas zobaczy. - Wyszeptał ktoś na tyle głośno, że usłyszała.

- Mój tata mówi, że to wiedźma i potrafi zamienić w kamień, kiedy ma taki kaprys.

Wypowiedziane słowa upewniły Hinatę, że to tylko dzieci z wioski, które bawiąc się, zapuściły się aż tu.

- Moja mama mówi, że ona porywa niegrzeczne dzieci i zabiera do lasu, skąd już nie wracają.

To stwierdzenie nie było pierwszą niemiłą historią jaką tu usłyszała o sobie. Mieli ją zarówno za dziwaczkę, jak za wiedźmę i jak widać straszyli nią dzieci. Ludzie rozmawiali z nią dobrze tylko wtedy, gdy mieli do niej interes. Mogła w tej chwili odejść i udawać, że nie wie o wizycie dwójki podglądaczy. Spojrzała w stronę bagna i zaczęła się zastanawiać, czy fakt, że ona tam weszła i nic jej się nie stało, nie zachęci do wejścia któregoś z tych dzieci. Nie mogłaby skupić swoich myśli na dalszych zajęciach, zastanawiając się, co zrobią dzieciaki, kiedy ona opuści okolice śmiercionośnych moczar. Zła reputacja, czasem może przynieść coś dobrego, pomyślała.

- Kogo my tu mamy? - Wypowiedziała słowa, starając się nadać im groźne brzmienie. Czuła, że raczej jej to nie wyszło, ale dzieci przestraszyły się słysząc jej głos tuż obok. - A już was tu nie ma! - Krzyknęła nieco, wiedząc, że to zadziała. - Jak was jeszcze raz tu zobaczę, w okolicy bagna, to pozmieniam w żaby i nakarmię bociany.

Nie musiała nic więcej mówić. Dwójka dzieci na około sześcio, może siedmioletnich biegła krzycząc tak głośno, że trupa by obudzili.

- Na imię mam Hinata. - Oznajmiła smutno patrząc w stronę uciekinierów. - Nie wiem kim jestem. Nie znam swoich rodziców. Jedno wiem na pewno. Nie mam żadnych magicznych mocy i nie jestem wiedźmą, ale czy kogokolwiek to obchodzi?

Nie zwlekając dłużej, zabrała swoje rzeczy i poszła do domu.

Kiedy szła polami, zastanawiała się jak dalej zaplanować swoją pracę. Miała jeszcze tak dużo do zrobienia, a czas płynął nieustannie, nie zwalniając choćby na chwilę.

 

* * * * *

Była w trakcie przygotowywania jednej z mikstur, gdy cichutko, jak myszka w szeroko otwartych drzwiach stanął niespodziewany gość. Sasuke uniósł dłoń w górę, aby zapukać, oznajmiając swoją obecność. Dostrzegł rozgardiasz, jaki panował wewnątrz pomieszczenia i nieproszony postanowił wejść do środka. Od lat był łowcą, co wyczuliło jego wzrok na dostrzeganie tego, czego inni nie widzieli w pierwszej chwili. Na całym łóżku leżały rozrzucone skrawki materiału, zbyt dokładnie porozkładane, aby można stwierdzić, że ich umiejscowienie jest przypadkowe. Na stoliku tego samego typu materiał składał się w coś, co można by nazwać płaszczem, choć różnił się od typowych fasonów, jakie widywał w odwiedzanych wioskach i miasteczkach. Ćwiartkę blatu zajmowały małe flakoniki w najróżniejszych wielkościach, kształtach i barwach. Etykiety wykonano ręcznie, z naniesionymi symbolami, znakami, jakich dotąd nie widział, czy też nazwami tak dziwnymi, że ciężko było je choćby przeczytać. Gdzie tylko było to możliwe, rozwieszone były liście bagnistej rośliny. Nie znał jej nazwy, ale wiedział, że nikt przy zdrowych zmysłach jej nie zrywa, bo łatwo stracić przy tym życie. Nie wierzył w potwory zamieszkujące bagna, ale wiedział, że wiele osób zginęło w mulistych dnach i nigdy nie odnaleziono po nich nawet małej kosteczki. Dostrzegł też coś, co przypominało niedokończony worek, upleciony z takich samych liści, jakie zdobiły pomieszczenie. W powietrzu unosił się dziwy, nieprzyjemny, duszący wręcz zapach. Dziewczyna stała przy garnku, mieszając przygotowywaną miksturę. Cokolwiek to miało być, nie sądził, aby było jadalne, a tylko niespełna rozumu człowiek, zgodziłby się na przyjęcie śmierdzącego świństwa. Hinata przelała płyn do litrowej butelki i odwróciła się z zamiarem umiejscowienia jej na blacie, w pobliżu innych specyfików. Gdy, nieświadoma obserwującego ją mężczyzny, odwróciła się w stronę centrum pomieszczenia, odskoczyła przestraszona, ręką strącając rondel z piecyka. Intensywnie niebieski dym poleciał w górę. Hinata szybkim ruchem postawiła trzymaną butelkę na stole, a mając wolne ręce, podniosła zrzucone naczynie, zarzucając szmatę na plamę powstałą na podłodze. Odpychający zapach nasilił się, piekąc nieprzyjemnie w oczy. Uchiha z trudem powstrzymywał łzy jakie napłynęły mu do szczypiących oczu. Nie godziło się, aby ktokolwiek widział, jak płacze, zwłaszcza w sytuacji, gdzie młoda dziewczyna obserwowała go bez jakichkolwiek oznak, aby jej doskwierał podobny problem. Wbrew swojej woli kaszlnął, nie mogąc dłużej wstrzymywać drapania w gardle. Ciemnowłosa podskoczyła do jednej z suszących się szmatek, nawilżyła wodą, a gdy tylko porządnie ją wyrżnęła podała gościowi.

- Masz, powinno pomóc. - Zwróciła się do niego uprzejmie, świadoma stanu w jakim znalazł się Sasuke. Ona zdążyła już przywyknąć do podobnych zapachów, czego nie mogli powiedzieć ci, którzy spotykali się pierwszy raz z podobnymi miksturami. On jednak odtrącił jej dłoń, nie chcą pokazywać swojej słabości.

- Chcesz otruć mieszkańców wioski? - Zapytał z trudem łapiąc oddech.

- Przyłóż do buzi i pooddychaj chwilę przez szmatkę, a objawy miną. - Same szmatki były wcześniej nasączone płynem, który wyciągał toksyny. Odpowiednio wysuszone, zachowywały swoje właściwości w uśpieniu, a aktywowały się w kontakcie na przykład z wodą.

- Nie potrzebuję żadnej szmaty. - Pomysł wydał mu się absurdalny. Nie tylko nie wierzył, że cokolwiek złagodzi wyczuwalny dym, ale również nie godził się z faktem, że on potrzebowałby cokolwiek od niej. - Gdzie mój miecz? - Zapytał rzeczowo.

Przyszedł głównie dla tego, aby upewnić się, czy już zdała sobie sprawę z niemożliwości wykonania zadania i czy czasem nie próbuje nic głupiego zrobić z jego cenną pamiątką. To co zastał w jej domu, upewniło go, że obawy mogą być słuszne.

- Tam jest. - Hinata ręką wskazała niewielki pokoik koło kuchni. Leżał w nim na stoliku miecz rodziny Uchiha.

Sasuke podszedł nieśpiesznie, ciesząc się w duchu z mniejszej intensywności smrodu, zaraz po przekroczeniu progu.

- Byłaś u kowala? - Zapytał od niechcenia, wyciągając z pochwy miecz. Chciał go dokładnie obejrzeć, aby upewnić się, że nic póki co się nie stało z jego własnością.

- Nie.

- Kiedy się więc wybierasz? - Chciał już ją mieć z głowy, to też gotów był pogonić ją nawet dziś.

Dziewczyna poczuła niepokój. Nie podobało jej się podejście Sasuke, a jego pytania wzbudziły słuszne obawy.

- Nie wiem. Mam jeszcze sporo czasu.

Sasuke zmierzył ją nieprzychylnym spojrzeniem.

- Idź teraz! - Wydał polecenie.

- Teraz? - Poczuła, że traci szansę i już zastanawiała się jak zapobiec zbliżającej się katastrofie.

- Teraz. Weź miecz i idź do kowala. - Nie zamierzał ustąpić. Nie chciał więcej tu wracać, to też musiał sprawę załatwić szybko i bezboleśnie.

- Ale....

- Ale co? Chcesz abym cię trenował, ale nie masz odwagi pójść do kowala?

- Poszłabym, gdyby mógł mi pomóc. - Odpowiedziała czując jak i w niej zaczyna zbierać się złość oraz żal do niego.

- A nie możesz bo? - Zakpił z niej okrutnie.

- Bo tej stali nie naostrzy zwykły kowal. Oszukałeś mnie dając mi magiczny oręż.

"Wariatka" huczało w jego głowie. Jaki znowu "Magiczny oręż"? Dziewczyna żyła w innym świecie i nic dziwnego, że inni postrzegali ją jako dziwadło, czy też wiedźmę.

- To skoro już wiesz, to biorę co moje, a ty zgodnie z obietnicą, daj mi spokój. - Cofnął się po pochwę, aby schować z powrotem miecz i odejść z tego cuchnącego domu.

Hinata poczuła jak serce zaczyna jej bić szybciej. Tyle pracy, którą wykonała na próżno. No i Meri. On właśnie ryzykował życie, aby dowiedzieć się jak naostrzyć magiczny miecz i to wszystko na nic? Nie może odpuścić w tej chwili. To, że Sasuke nie chciał jej trenować, nie było żadną tajemnicą, ale to jak ją teraz potraktował, to coś zupełnie innego. Jej przyjaciel nigdy się nie poddawał i ona teraz też nie mogła się poddać. Odepchnęła się od stołu, rzucając się do przodu. Sasuke odruchowo zrobił unik, przez co Hinata poleciała zbyt daleko i upadła na podłogę. Spojrzał na nią ze zdziwieniem.

- Nie możesz zabrać miecza! Nie wolno ci.

- Jest mój, co dobrze wiesz.

- Nie tak się umawialiśmy. Powiedziałeś, że jeśli go naostrzę, to będziesz mnie trenował do turnieju.

- Oboje wiemy, że tego nie zrobisz, po co odwlekać tą chwilę? - Nie bacząc na nią, zaczął chować miecz do pochwy.

Hinata w między czasie zdjęła buty i doskoczyła ponownie. Tym razem jej szybkość i sprawność Rusałki zadziałały na jej korzyść. Brunet nie zdążył zareagować, a ona jedną dłonią pochwyciła pochwę, a drugą ostrze, nie zanurzone jeszcze w skórzanym pokrowcu. Nie zacisnęła dłoni mocno, a mimo tego szybko puściła krzycząc z bólu. Po skórze od palców poleciała czerwona posoka, brudząc stół, ubranie dziewczyny, oraz piękną stal uchihowskiej broni.

- Jak to zrobiłaś? - Sasuke zapytał zaskoczony sytuacją. Jego miecz był tępy niczym drewniany patyk, a mimo tego skaleczył dotkliwie dziwną dziewczynę.

Wbrew Hinacie, szarpnął jej dłoń do siebie, aby obejrzeć ranę. Wyglądało dokładnie tak, jakby ostrze broni przejechało jej dopiero co po dłoni. Puścił dziewczynę i zaczął oglądać miecz. Nie dostrzegł jednak różnicy. Delikatnie dotknął palcem, ale nic się nie stało. Postanowił zaryzykować i przejechał ostrzem po swojej dłoni. Początkowo zrobił to delikatnie. Nie widząc żadnej reakcji, przyłożył stal ponownie do skóry i tym razem z większym naciskiem powtórzył czynność. Spróbował kilka razy i nic.

- Jak to zrobiłaś? - O mały włos sam jej nie nazwał czarownicą.

- To nie ja. To ten miecz. Widocznie nie jest tak tępy jak mówiłeś.

- Nie bądź śmieszna. Jest tak samo tępy jak wtedy, gdy go brałaś. - Na dowód tego pokazał jak sam sobie próbuje rozciąć rękę. - Nie wiem jakie sztuczki stosujesz, ale nie dam się nabrać.

Uchiha wytarł krew dziewczyny w szmatkę, którą wcześniej zaproponowała mu do zasłonięcia ust i tym razem bez problemów schował miecz, z zamiarem zabrania go do domu.

- Jesteś podły! - Krzyknęła na niego, czując jak bardzo przegrała to starcie.

- Nie robi to na mnie wrażenia. - Nie zależało mu na tym, by miała o nim dobrą opinię.

- Tchórz!

To go jednak zatrzymało. Uchodził na wrednego, ale nikt nie miał prawa nazywać go tchórzem.

- Niby czego miałbym się bać.

- Tego, że mi się uda. - Odpowiedziała z bólem wypisanym na twarzy. Ręka ją piekła, a krew choć już nie leciała zbyt mocno, to dalej powiększała czerwoną plamę na przyłożonej szmatce. - Dałeś mi dwa tygodnie, ale nim minął termin przychodzisz tu i zabierasz miecz, bo boisz się, że znajdę sposób i będziesz musiał dotrzymać danego mi słowa.

- Nie boję się. - Zagryzał zęby, czując coraz większą złość.

- Więc co teraz robisz? - Zapytała hardo, a on nie wiedział co odpowiedzieć.

- Dwa tygodnie i ani dnia dłużej. - Rzucił groźnie, odkładając oręż na stół kuchenny, wśród eliksirów. - Jeśli znajdę chociaż ryskę, pożałujesz. Jeśli uciekniesz by go sprzedać, albo zatrzymasz dla siebie, odnajdę cię i zabiję.

Jego groźba nie była zwyczajna. Zabrzmiała jak obietnica rychłej śmierci. Mimo strachu dziewczyna kiwnęła głową. Co mogła zrobić? Jak się drażni wilka, który w dodatku jest niczym samiec alfa, trzeba się liczyć z tym, że śmierć wisi w powietrzu.

 

* * * * *

Wesołych Świąt ;)

 

niedziela, 17 lutego 2019

Muspelheim - Rozdział 3

Gdy wracali do wioski, Hinata nie mogła przestać się uśmiechać. Coś się jej w końcu udało. Choć Sasuke nie powiedział jeszcze jakie zadanie ma wykonać, to ona już zastanawiała się jak to będzie, gdy pokona Sakurę.
Meri czuł się podobnie. Wprost nie mógł doczekać się, kiedy wrócą do domu i dowiedzą się w końcu, co takiego wymyślił dla nich Sasuke. Zadanie nie mogło być skomplikowane. Może dla normalnego człowieka, ale nie dla kogoś, kto miał za pomocnika kogoś takiego jak on. Jego znajomość magi była niezastąpionym atutem, który Hinata dzierżyła w dłoni, a o którym Uchiha nie miał pojęcia. Oznaczało to, że każde, nawet z pozoru niewykonalne wyzwanie, było tylko hipotetycznie niewykonalne. Skrzat pocierał rączki z zadowolenia, niecierpliwie wyczekując słów jakie wypowie bezczelny brunet. Powstrzymywał nawet swój wewnętrzny głos, który podpowiadał mu, aby zesłać jeszcze jakieś nieszczęście na przyszłego nauczyciela Hinaty. Mężczyzna był tak niemiły dla jego przyjaciółki, że należał mu się z niejeden psikus w ramach odwetu. Powstrzymał się, bo czuł, że będzie miał bardzo dużo okazji na wprowadzenie jakiś perfidnych zagrań, gdyby okazało się, że uchihowy krnąbrny charakter da w siwe znaki podczas szkolenia.
Doszli w końcu do wąwozu, który para przyjaciół przeszła poprzednio dzięki wiedzy i zdolnością skrzata. Sasuke spojrzał na dziewczynę podejrzliwie. Większość drogi potykała się, bądź wyplątywała włosy i suknię z dziko rosnących krzaków. Dopiero teraz doszło do niego, że tak niezdarna dziewczyna nie mogła poradzić sobie z przedostaniem się przez wąwóz. Zaczął się więc zastanawiać jakim sposobem dotarła do niego.
- Idź pierwsza. - Powiedział do niej twardo.
- Ja? - Zapytała niepewnie, uświadamiając sobie, że przecież nie może zdradzić sposobu jak się tu przedostała naprawdę.
- Będę cię asekurował, w razie, gdybyś nie dała rady. - Powiedział od niechcenia. Tak naprawdę chciał zobaczyć jak sobie poradzi, bo coś mu konkretnie nie pasowało.
- Ty idź pierwszy, proszę. - Odpowiedziała uroczo, choć jej mina była niepewna.
Kiwnął jej jedynie głową na potwierdzenie. Nie sądził, aby w ogóle dała radę. Poszedł kawałek po jednym z grubych konarów. Wyjął z za paska linę zakończoną hakiem. Zamachnął się kilka razy w powietrzu, po czym zarzucił na solidną gałąź kilka metrów nad sobą. Sprawdził czy jest wystarczająco mocno zaczepiona. Kiedy test wypadł pozytywnie, złapał wyżej i odbił się, przeskakując na drugą stronę. Jego stopy stanęły po drugiej stronie wąwozu. Szarpnął w odpowiednim geście liną, a hak odczepił się z wysokiego konara, wpadając idealnie w rękę właściciela. Zaczął zwijać linę, jednocześnie rozglądając się za Hinatą. Nie dostrzegł jej po drugiej stronie. Pomyślał nawet, że gdzieś się schowała, czy też odeszła. Do głowy podeszła mu jeszcze jedna myśl. Spadła? Już chciał podejść bliżej urwiska, aby zajrzeć w dół, kiedy usłyszał głos.
- Ruszamy dalej?
Uchiha gwałtownie odwrócił się za siebie. Stała tam ona cała, z niewinnym uśmiechem. Jakim cudem? Przemknęło mu przez głowę. Przecież była za nim. On przechodzenie przez wąwóz miał dopracowane do perfekcji, a ona jak się przedostała?
- Jak to zrobiłaś? - Zapytał stanowczo.
- Przeskoczyłam, chodźmy już.
Odwróciła się delikatnie, po czym chciała ruszyć, ale on szarpnął ją za ramie, odwracając w swoją stronę.
- Jak to zrobiłaś? - Zapytał jeszcze bardziej stanowczym tonem.
- Przeskoczyłam. - Tym razem ton jej głosu nie był już tak pewny jak chwilę wcześniej.
- Nie kpij ze mnie. Nie jestem ślepy, ani naiwny.
- Przecież to nie jest ważne jak. Możemy już iść do wioski.
- Nigdzie stąd nie pójdziesz, jeśli nie powiesz mi jak to zrobiłaś. - Warknął nieprzyjemnie, ciągle trzymając jej ramie.
- Jeśli ci powiem, to obiecasz, że nikomu tego nie zdradzisz? - Zapytała go z obawą w głosie. Nie chciała z nim zadzierać, a czuła, że inaczej nie uda się z tego wybrnąć, niż mówiąc prawdę. Nie chciała też psuć relacji między nimi, skoro jako uczeń i mistrz mieli się często widywać.
- Mów! - Prawie że rozkazał.
- Obiecaj. - Wypowiedziała hardo, czekając na to jedno słowo, które da jej możliwość zdradzenia sekretu.
- Obiecuję. - Burknął pod nosem. Bez względu na to jaki sekret skrywała, obiecywanie milczenia było bez sensu. On i tak nie planował rozmawiać z kimkolwiek o dzisiejszym dniu i tym, że z nią rozmawiał. Dodatkowo zdradzanie sekretu przejścia przez wąwóz nie leżało w jego interesie. To było jego sekretne miejsce, a każdy nieproszony gość był niemile widziany.
- Dobrze, powiem więc. - Wzięła kilka wdechów, zastanawiając się jak dobrać słowa. - Tylko pamiętaj, że nie możesz o tym rozpowiadać, bo czekają cię niemiłe konsekwencję. - Na jej twarzy było widać powagę i przekonanie, że to co mówi jest ważne i prawdziwe. Przełknęła ślinę z zaciśniętymi oczami. Kiedy rozchyliła powieki, wypowiedziała słowa, które miały wyjaśnić wszystko. - To magia.
Sasuke przyglądał jej się bacznie. Jego mina nie zmieniła się od chwili wypowiedzenia ostatniego słowa. Nie można było wyczytać jego myśli, ani kolejnego kroku. W pewnym momencie puścił ją.
- Już wiem czemu interesujesz się Naruto. - Rzekł surowo, po czym zaczął iść w stronę wioski.
- Tak? - Zapytała z zadowoleniem. Przyjął jej wyjaśnienia dużo lepiej niż się spodziewała. - Co masz na myśli?
- Pewnie widzisz w nim bratnią duszę, bo oboje jesteście zdrowo porąbani.
Hinacie nie podobało się porównanie jakie odnosiło się do niej i Naruto. Nic jednak nie powiedziała. Pokonali kilka kroków, po czym Sasuke potknął się, ale złapał równowagę, i jakby nigdy nic szedł dalej starając się nie dać po sobie znać, że był zły. Uchiha się nie potykają, zwłaszcza w towarzystwie. Przez jego głowę przeszła myśl, że może Hinata naprawdę była wiedźmą, tak jak to ludzie mówili. Szybko jednak wybił sobie z głowy taką myśl. To by potwierdzało istnienie magii, w którą on nie wierzył i nie zamierzał nigdy uwierzyć.

Gdy w końcu znaleźli się wystarczająco blisko terenów, na których ktoś mógłby ich razem zobaczyć, Sasuke przystanął i spojrzał na dziewczynę. Zmierzył ją nieprzychylnym spojrzeniem. Obserwacja Hinaty utwierdzała go w przekonaniu, że jakiekolwiek szkolenie nie będzie miało sensu, przy tak gapowatej osobie. Prędzej żółw zacznie latać, niż ona walczyć. Rozejrzał się. Nie potrafił pozbyć się wrażenia, że nie są tu jedynie we dwoje, choć nigdzie nikogo nie dostrzegał.
- Kiedy zajdzie słońce, przyjdź do mnie i zapukaj pięć razy. - Rzekł twardo, jakby mówił do kogoś mało kumatego.
- Dobrze. - Odpowiedziała odrobinę zdyszana. Tępo jakie narzucał Sasuke było zdecydowanie za szybkie dla niej.
- Nie wcześniej, nie później i pięć razy, bo nie otworzę drzwi. - Nie do końca dowierzał jej, że zapamiętała zasady jakie narzucił.
- Po zachodzie słońca, zapukać pięć razy. Będę punktualnie. - Odpowiedziała mu jednym tchem, z lekkim uśmiechem na twarzy.
- Zobaczymy.
Po tym jednym słowie odwrócił się i poszedł w stronę swojego domostwa. Pokonał kilkanaście kroków, po których poczuł na łydce, tuż nad kostką smagnięcie pokrzywy. Noga zaczęła intensywnie szczypać i swędzieć, ale on nie zatrzymał się. Zagryzł zęby, udając, że nic się nie stało. Nie mógł uwierzyć, że był tak rozkojarzony, że nie zauważy przeklętego zielska na drodze. Jako Uchiha nie pokazał ani na twarzy, ani po swoim zachowaniu, że cokolwiek się stało. Meri z zadowoleniem potarł dłonie. Najwyraźniej towarzyszące mu pragnienia względem bruneta były zbyt silne, a ta jedna, jakże dorodna pokrzywka, to przecież nic strasznego. Do wieczora nie będzie nawet śladu, ale przez najbliższe kilkanaście minut będzie szczypało, i to bardzo. Już on się o to postarał.
Hinata z zadowoleniem i podekscytowaniem przyglądała się odchodzącemu mężczyźnie. W końcu któryś z jej planów miał szansę na powodzenie. Trochę bała się, że Sasuke zdradzi jej sekret Naruto, czy też komuś innemu, kto mógłby ją zdemaskować przed blondynem. Do domu wracała w podskokach, nucąc pod nosem wesołą melodię. Meri główkował co mogło wpaść do głowy Sasuke. W pewnym momencie zamarł, przystając na drodze. Ponieważ był niewidoczny, nie musiał się martwić, że ktoś go zauważy, a tym bardziej jego zaniepokojenie. Przyszła mu do głowy myśl, która kazała powściągnąć radość. Co jeśli Uchiha za pomoc będzie oczekiwał od Hinaty jej kobiecość? Mężczyźni często przyjmowali właśnie takie zapłaty. Jak postąpiłaby w takiej sytuacji jego przyjaciółka? Jako naiwne dziewczę, raczej nie zakładała takiej opcji. Kącik ust skrzata powędrował w górę. Do głowy przyszedł mu paskudny, zakazany czar. Jeśli interes nie stanie, to nic cwaniaczek nie zdziała, choćby chciał i kombinował na wszystkie możliwe sposoby. Spokojniejszy poszedł za Hinatą do domu.

Młoda dziewczyna z podekscytowaniem, ale i niepokojem wyczekiwała zachodu słońca. Kiedy ostatnie promienie znikały za horyzontem, a na niebie pozostawała jedynie pomarańczowa łuna, ona stała już przed domem Sasuke, nie chcąc spóźnić się i przegapić okazji jaką dostała od losu. Zgodnie z zastrzeżeniem Sasuke, zapukała dokładnie pięć razy, robiąc krótkie odstępy między uderzeniami, tak aby nie było żadnej wątpliwości co do ilości. W drzwiach nie stanął właściciel domu. Kazał jej czekać na tyle długo, że zastanawiała się czy nie powinna powtórzyć niedawno wykonanej czynności. Kiedy zacisnęła dłoń w pięść i zaczęła przymierzać się do kolejnych pięciu uderzeń, Meri złapał ją za skrawek płaszcza, pociągając w dół. Sugerował w ten sposób, że to będzie o pięć puknięć za dużo i drzwi się przed nią nie otworzą. Szybko pojęła jego myśl, choć bardziej była przekonana, że brunet nie dosłyszał uderzeń w drzwi, przez co jej szansa znikała z każdą kolejną chwilą, w której niebo stawało się coraz ciemniejsze. W końcu straciła nadzieję, a jej twarz przyodział smutek. Nie zrezygnowała mimo tego. Obeszła dom dokoła, wypatrując światła w którymś z okien. Wszędzie było ciemno. Pomyślała, że Sasuke ją oszukał, lecz mimo tego nie poddała się. Usiadła pod drzwiami, licząc, że gdy wróci, dotrzyma danego jej słowa. Przymknęła oczy wyobrażając sobie siebie z Naruto. Roześmiana twarz blondyna, z szeroko otwartymi oczami, zawsze poprawiała jej humor i dodawała siły w trudnych chwilach. Myśląc o nim, nie odczuwała samotności, a nieprzychylne spojrzenia mieszkańców były bez znaczenia. Wystarczyłoby jej, aby on się do niej uśmiechnął co rano, a cały jej świat byłby piękny i wspaniały.
- Wstawaj! - Z rozmyślań wyrwał ją męski, nieprzychylny głos. Mężczyzna miał już dość obserwowania jej. Liczył na jakąś skuchę, ale ona potrafiła zarówno słuchać jak i stosować się do wydawanych poleceń. Oznaczało to, że inteligencją przewyższała przynajmniej połowę z kobiet zamieszkujących wioskę.
Hinata podniosła się sprawnie, próbując dostrzec coś więcej w szarościach, jakie panowały na zewnątrz. Sasuke przysunął się bliżej drzwi, po czym bez problemu wsunął klucz w zamek. Pociągnął za klamkę, jednak jak przystało na dżentelmena, przepuścił ją przodem. Hinata weszła powoli, nie wierząc, że znalazła się w domu Uchihy. Przez myśl przeszło jej pytanie, jak wiele osób miało okazję przekroczyć próg tego domu. Sasuke nie był towarzyski, to też podejrzewała, że jest ona jedną z nielicznych osób dostępującą szansy zajrzenia do środka. Lekko się uśmiechnęła, kiedy zdała sobie sprawę z tego, że Naruto na pewno był tu nie raz i choć mała, to istnieje szansa, że przyjdzie i tego wieczoru.
- Tędy. - Sasuke zapalił jedną z lamp naftowych i wskazał drogę, którą miała kroczyć dziewczyna w dalszą część domu.
Rozglądała się z zaciekawieniem. Spodziewała się bałaganu, nieładu, tudzież mrocznego wnętrza, jakie pasowałoby do samotnego, na swoje własne życzenie, młodego mężczyzny. Zamiast tego, w słabym blasku lampy, ujrzała perfekcyjnie wysprzątany dom, uderzający po oczach dostojnością i szykiem. Było zbyt ciemno, aby mogła dojrzeć więcej szczegółów, nad czym odrobinę ubolewała. Sasuke poprowadził ją na wygodną sofę w jednym z pokoi. Usiadła niepewnie, czując, że nie pasuje do tego miejsca. Ona była prostą, zwyczajną dziewczyną, niezdarną i nie bardzo lubianą. To miejsce odzwierciedlało kogoś takiego jak Sasuke, dumnego, zadbanego, pewnego siebie z ekscytującym wyglądem. Kogoś, kto miał to, czego chciał i zamykał się na to, czego nie potrzebował. Po chwili przed nią pojawił się Uchiha z poważną miną. W dłoni trzymał miecz, schowany w pięknej ozdobnej pochwie. Podał go jej, a ona bez słowa wyciągnęła swoją dłoń, przyjmując podarek. Nie bardzo wiedziała co ma zrobić  w tej chwili.
- To miecz przekazywany w mojej rodzinie z pokolenia na pokolenie.
- Dlaczego mi go dajesz? - Wystrzeliła z pytaniem, nie czekając na dalsze słowa Sasuke.
- Nie bądź głupia. - Rzekł twardo, z nieukrywaną krytyką jej zachowania. - Nigdy nie podarowałbym nikomu pamiątki rodzinnej.
- Ale... - Nie dokończyła, zdając sobie sprawę, że to co sobie pomyślała, było niemądre.
- To właśnie twoje zadanie. Będę cię szkolił, pod warunkiem, że go naostrzysz. Ma być w stanie przeciąć spadającą kartkę papieru.
- Spadającą kartkę papieru? - powtórzyła cicho po nim, nie dowierzając jakie wytyczył jej zadanie.
- Daję ci na to dwa tygodnie. - Kompletnie zlekceważył jej słowa. 
Meri odetchnął z ulgą. Nie musiał rzucać, żadnego zaklęcia, skoro Sasuke nie zachował się źle w stosunku do dziewczyny. Był co prawda niemiły, ale mógł mu to puścić mimo uszu, skoro zadanie nie miało uwłaczać czci dziewczyny. Skrzat z trudem powstrzymywał radość. Równie banalnego wyzwania, nie mogła dostać Hinata od Uchihy. Naostrzyć mieczyk? Palce zaczęły go świerzbić, przez co z trudem powstrzymywał się od rzucenia zaklęcia od razu. Dwa tygodnie to czas zbyt długi nawet dla zwykłego człowieka. Mają przecież bardzo dobrego kowala we wiosce, który poradziłby sobie ze szczególnie tępym orężem w góra dwa dni. Tak jednak postępują ludzie. Skrzaty wypowiadają jedno proste zaklęcie. Czasem trzeba je powtórzyć kilka razy, ale cały proces to góra jedna godzina, przy bardzo opornej broni. Oznaczało to, że Hinata będzie miała swojego nauczyciela, a Uchiha w żaden sposób się nie wykręci. Meri uśmiechnął się, patrząc na bruneta. Przez głowę przeszła mu myśl, że może ten gburowaty młodzieniec udaje tylko takiego niedostępnego, a tak naprawdę chce spędzić z Hinatą więcej czasu. W końcu dziewczyna wcale nie była brzydka. Niezdarna owszem, co było poniekąd jego zasługą. Trochę roztrzepana, nieobyta w towarzystwie, ale nie głupia. Posiadała wiedzę praktyczną, dającą jej duże pole do popisu w lecznictwie, sama hodowała króliki, szyła, gotowała, potrafiła postawić na nogi niejednego stojącego jedną nogą w grobie. Byłaby pewnie też bardziej lubiana, gdyby ludzie nie przypięli jej łatki dziwaczki, co w większości również zawdzięczała najlepszemu przyjacielowi i starszej kobiecie, która ją wychowywała.
- Możesz już iść. - Sasuke burknął pod nosem, nie chcąc przeciągać spotkania z Hinatą.
Dziewczyna skinęła głową, po czym udała się w stronę wyjścia. 
- Do zobaczenia, Sasuke. - Krzyknęła zanim zniknęła za drzwiami.
- Uparte utrapienie. - Sasuke wziął głęboki oddech. Nie podobał mu się plan szkolenia kogokolwiek. Sam pomysł wydawał mu się bez sensu, dlatego nie rozumiał, czemu on z nią w ogóle dyskutował o ewentualnych treningach.

 * * *
 Meri zatarł rączki. Jego uśmiech na twarzy szeroko odsłaniał zęby. Kazał Hinacie wyciągnąć miecz z pochwy i ułożyć na stoliku. Dziewczyna sprawnie wykonała jego polecenie.
- No to szykuj się Młoda. Zaraz mieczyk będzie ostry jak brzytwa, a od jutra Sasuke będzie twoim nauczycielem.
Uniósł dłoń, wypowiedział kilka słów pod nosem i wycelował zaklęcie w miecz rodziny Uchiha. W ułamku sekundy pomieszczenie rozświetlił błysk. Początkowo źródło światła było skupione wyłącznie na broni. Szybko jednak rozeszło się promieniście dokoła.
Niczym fala uderzeniowa postrącało wszystkie luźne przedmioty z szafek. Kilka z buteleczek potłukło się, niektóre turlały się jedynie po podłodze. Najbardziej ucierpiał magiczny stwór. Odrzuciło go bowiem, przez co uderzył w ścianę, a wieszak stojący obok przewrócił się na niego, zasłaniając całkowicie ubraniami na nim zawieszonymi. Hinata przewróciła się jedynie, choć był to raczej niefortunny upadek. Głową bowiem uderzyła w rant pobliskiej szafki.
- Cholera by to! - Jako pierwszy odezwał się Meri. Niezdarnie wykopał się ze sterty ubrań. Nie zwracając uwagi na szkło na podłodze, podszedł do stolika. Miecz leżał tam dalej, w nienaruszonym stanie. - No jo, magiczny! A niech cię jasna cholera potomku Uchiha. - Zrezygnowany i zdenerwowany spojrzał na swoją przyjaciółkę. - Ani czary ani nawet najlepszy kowal na świecie nie pomogą. Załatwił nas.



* * * * *

W bólach i trochę kazałam Wam na ten rozdział czekać, ale jest :)



niedziela, 24 grudnia 2017

Muspelheim - Rozdział 2




Sasuke Uchiha był niezwykle upartym mężczyzną. Nie łatwo było go do czegokolwiek przekonać, kiedy coś sobie postanowił. Nawet Naruto miał problemy do przekonania go, że się myli albo, że warto spróbować innej drogi, choć był jego najlepszym i zarazem jedynym przyjacielem. Jeszcze trudniej miały kobiety. Niektórzy mawiali, że on ma alergię na płeć przeciwną. Niejeden mu zazdrościł powodzenia u dziewcząt. Chłopak choć był jeszcze młody, to niejednokrotnie usłyszał propozycję małżeństwa od kobiet zarówno młodych, jak i tych starszych, chwalących się doświadczeniem, którym mogłyby się z nim podzielić. Na żadną z nich nie przystał. Jego celem było odnalezienie brata, aby się zemścić. Gdy był jeszcze dzieckiem, Itachi zabił każdego, kto nosił na nazwisko Uchiha. Oszczędził jedynie Sasuke, pozostawiając go samego sobie, umazanego od krwi rodziców. Dlatego brunet trenował każdego dnia i za każdym razem dawał z siebie wszystko. Musiał stać się bardzo silny, by w dzień, kiedy odnajdzie tego, który odebrał mu wszystkich, których kochał, zadać śmiertelny cios znienawidzonemu bratu.
Sasuke w rodzinnej wiosce przebywał tylko kilka tygodni w roku. Nie znosił tego miejsca, bo przypominało mu o tym co stracił i czego już nigdy nie odzyska. Resztę czasu podróżował, dorabiając jako łowca. Przy okazji mógł szukać śladów Itachiego. Jak dotąd niewiele udało mu się ustalić poza tym, że czasem ktoś spotkał w lesie mężczyznę z oczami jak węgle, włosami czarnymi niczym smoła, splecionymi w kitkę i dwoma bruzdami na policzkach. Nikt nigdy nie wymienił imienia, ale on domyślał się, że to osoba którą on pragnie odnaleźć i zabić. W ten sposób chciał oczyścić dobre imię swojej rodziny i zmyć hańbę jakiej dopuścił się Itachi. Żył jedynie dla zemsty, z nastawieniem, że póki nie wykona zadania, nie podąży inną ścieżką. O jego celu wiedział tylko Naruto. Nie pochwalał takiego zachowania, ale nie potrafił wybić mu tego z głowy. Trwał więc w nadziei, że przyjacielowi nigdy nie uda się odnaleźć brata, a któregoś dnia po prostu sobie odpuści.


Meri zostawił Hinatę samą i udał się przed dom Sasuke. Chciał odkryć sposób na przekonanie go do treningów z jego przyjaciółką. Obserwacja dała oczekiwany rezultat. Wieczorem za pomocą banalnego zaklęcia, umieścił pod butami Uchihy specjalny pyłek. To był sprawdzony sposób wśród trolli na odnalezienie małych, niesfornych pociech, które wymykały się z domu i chodziły nie wiadomo gdzie. Rano zabrał Hinatę na skraj wioski. Wypowiedział odpowiednie zaklęcie, a wtedy ślady pozostawione przez chłopaka ukazały się jego oczom. Szli ścieżką, aż dotarli do krawędzi wąwozu. Stali na górze jednej ze skalnych ścian ogromnej przepaści. Wąwóz nie był zbyt szeroki, ale na pierwszy rzut oka dla dziewczyny zdawał się niemożliwy do przejścia górą.
- Drzewa za równo po jednej stronie, jak i po drugiej mają dużo gałęzi. Zdejmę buty i jakoś przedostaniemy się na drugą stronę. W końcu Sasuke też tak właśnie przechodzi, więc i ja dam radę. - Hinata przysiadła na jednym z większych kamieni i już chciała rozwiązywać sznurówki, ale przyjaciel ją powstrzymał.
- Spokojnie. Daj mi chwilę. Takie wąwozy często są sprawką takich stworzeń jak ja. Łatwiej wówczas zgubić pościg, bądź odciąć jakieś miejsce, gdy przedostanie się będzie trudne. To jest już bardzo zapuszczone, więc może być albo bardzo stare, albo jest sprawką natury. - Meri radośnie zatarł rączki. - Jeśli to opcja numer jeden, to ja zapewnię nam bezpieczną przeprawę. Jeśli dwa, ściągasz butki i nas przetransportujesz skacząc po gałęziach.
- Dobrze. - Odpowiedziała pewnie, licząc że Mari się nie myli w domysłach, a ona nie będzie musiała ryzykować ich życia, próbując opcji numer dwa.
Meri wypowiedział kilka zaklęć, aż ich oczom ukazało się wejście do niewidzialnego tunelu nad wąwozem. Z radości, że mu się udało, podskoczył po czym pokręcił pupą, jak to miały w zwyczaju skrzaty. Już tak to z nim było. Przejawiał zachowania zarówno skrzata, jak i trolla, przez co do żadnej z tych grup nie mógł się w pełni dopasować. Oboje przedostali się sprawnie. Dalsza droga była rzadko uczęszczana, przez co Hinata cały czas się potykała. Za każdym razem przed upadkiem ratował ją Meri. W końcu dotarli do miejsca, gdzie znajdował się Sasuke. Skrzat liczył, że w takiej sytuacji Uchiha nie będzie miał wyboru i wysłucha co Hinata ma do powiedzenia. W końcu pokonała sporą i trudną drogę, aby do niego dotrzeć. Jednak zdecydowanie nie docenił swojego przeciwnika. Pech chciał, że Hinata stanęła w bardzo złym miejscu. Śliskie podłoże pod liśćmi zadziałało jak zjeżdżalnia wodna. Zjechała w dół, lądując na pupie około piętnastu metrów od osoby, do której zmierzała. Nie ma to jak pierwsze wrażenie.
- No pięknie. - Hinata podczas ślizgu obtarła sobie kostkę, ale to widok jej sukienki, która zadarła się za wysoko, odsłaniając prawie całe nogi, wywołał u niej niezadowolenie na twarzy. Widocznie musiała o coś zahaczyć, bo w jednym miejscu było dość duże rozdarcie. - Szyłam ją przez tydzień, a podarłam przy pierwszym założeniu.
Westchnęła zrezygnowana. Po co ona w ogóle się stroiła? Przecież to, że ładnie wygląda, nie pomoże w negocjacjach z Uchihą. W zasadzie, to teraz wyglądała tak niekorzystnie, że lepiej byłoby zrezygnować ze spotkania. Podniosła wzrok, aby rozejrzeć się za Merim. Dziwne, że jeszcze nie skomentował jej wypadku. Po prawej stronie, jej oczy natrafiły na sylwetkę mężczyzny. Nie było wątpliwości, kogo właśnie znalazła. Uśmiechnęła się krzywo, wiedząc, że już nie zdoła się wycofać. Na zrobienie dobrego wrażenia, też już nie miała co liczyć.
- Cześć. - Wypowiedziała cicho i niepewnie, chcąc przerwać jakoś ciszę.
- Co ty tu robisz? - Warknął nieprzyjemnie w jej stronę.
- Szukałam cię. - Wypowiedziała tak cicho, że sama ledwo usłyszała swój głos. Wiadomo było, że on nie miał szans na dosłyszenie jej słów. Poczuła jednak szturchnięcie w żebra. To musiał być Meri. Zachęcał ją do działania. Podniosła się więc i dużo pewniej i głośniej powtórzyła swoje słowa. - Szukałam cię.
- Znalazłaś, teraz możesz wracać.
- Co takiego? - Odpowiedź jej się nie spodobała. - Nie po to tu przyszłam, aby od razu wracać.
- To mnie akurat nie obchodzi. - Odwrócił się i z zamiarem zebrania swoich rzeczy i odejścia nieco dalej.
- Poczekaj! Chcę cię o coś prosić.
- Odpowiedź brzmi nie. - Ruszył w stronę o wiele bardziej zadrzewioną, niż tu gdzie byli.
- No ale ty jeszcze nawet nie wiesz o co mi chodzi. - Starała się za nim nadążyć, jednak cały czas była kilka kroków za nim.
- Doskonale wiem o co ci chodzi i mówię nie.
- Wiesz? - Przystanęła nie mogąc uwierzyć, że on w jakiś sposób zna prawdę. Przecież nikomu z wioski nie mówiła jaki ma plan.
Meri był wściekły zachowaniem Sasuke. Na usta cisnęły mu się różnego rodzaju epitety na jego temat i żadne z tych słów nie miały pozytywnego znaczenia. W końcu postanowił wziąć sprawy w swoje ręce. Pojawił się z grudką ziemi w dłoni i posiłkując się magią, wycelował prosto w plecy uciekającego mężczyzny. Nie mogąc się przed nim ujawnić, zniknął równie szybko jak się pojawił. Uchiha przystanął, a po dwóch sekundach odwrócił się z furią w oczach. W jego mniemaniu sprawczyni obrzucenia go ziemią stała przed nim. Odłożył swoje rzeczy i podszedł do nękającej go osoby. Złapał ją silnie za ramię i lekko szarpnął.
- Co ty sobie myślisz? - Warknął bardzo nieprzyjaźnie. - Po kiego czorta za mną łazisz? Nie wiem na co liczysz, ale to ci się nie uda. Mam gdzieś to jak wyglądasz i ile możesz mi zaoferować.
Cierpliwość nie była mocną stroną skrzata. Nie potrafił znieść zachowania bruneta. Jego przyjaciółka stała ze spuszczoną głową, nie mając odwagi obronić się choćby jednym słowem. On miał cały arsenał wyrażeń jakie mógłby puścić w jego stronę, ale nie mógł się ujawnić. Miał jednak szansę na inny sposób odwetu. Szepnął zaklęcie, a po chwili ptasia kupa spadła wprost na ramię Uchihy. Minęło kilka sekund, zanim dwójka ludzi doszła do tego co się stało.
- Kurwa! - Uchiha wysyczał przez zaciśnięte zęby. Teraz dopiero poczuł prawdziwą wściekłość. Pierwszy raz mu się coś takiego przydarzyło i jak na złość w towarzystwie. Puścił dziewczynę, której imienia nawet nie kojarzył. - Pierdolony ptak.
- Mogę ją wyprać. - Spojrzał na nią nie zrozumiale. - Twoją koszulę. - Dodała, choć dalej patrzył na nią z mordem w oczach. Po chwili jego twarz złagodniała. - To dla mnie żaden problem. Tu niedaleko jest strumień, więc szybko powinnam się uporać z tą plamą i tą drugą, od ziemi.
Nie chciał być nikomu czegoś winien. Zawsze radził sobie sam. Z drugiej strony ptasiego gówna też nie chciał czyścić. Do tego plama od ziemi, której raczej łatwo sprać nie będzie. Sytuacja była mu wybitnie nie na rękę, ale poczucie godności zwyciężyło. Później zawsze mógł coś wymyślić, a teraz mógł zacisnąć zęby i pozwolić tej dziewczynie wyprać swoją koszulę. Zdjął więc ją i podał. Hinata pochwyciła w swoją dłoń o dziwo nie przyglądając się jego nagiej klatce piersiowej.
- Postaram się szybko wrócić.
Odwróciła się i odeszła w kierunku, gdzie faktycznie był strumień. To Sasuke przyjął z aprobatą, bo idąc tu zwróciła uwagę również na drogę, a nie myśląc jedynie o tym aby spotkać się z nim. Zaczął się jednak zastanawiać, czy nie powinien znaleźć nowego miejsca na treningi. Tu już nie mógł liczyć na samotność. Nie wiedział jak, ale ta dziwna dziewczyna odnalazła jego azyl, pozbawiając go jednego z ulubionych miejsc.
Hinata nieco niezdarnie, bo kilka razy się potknęła, dotarła do strumienia. Szybko zorientowała się, że żadna z plam nie zmyje się ani szybko, ani łatwo. Nim poczuła rezygnację, pojawił się koło niej Meri.
- Straszny burak z tego Uchihy. No i uparty jest jak osioł. - Miał minę myśliciela. Głowił się nad tym jak przechytrzyć chłopaka i uzyskać to czego chciał.
- Ta kupa to twoja sprawka? - Hinata zapytała, choć doskonale domyślała się prawdy.
Meri bywał porywczy i lubił takie numery. Jak ktoś się z nią mocno targował o cenę, a ona w końcu odpuszczała, to skrzat mścił się nadsyłając gołębia z niespodzianką.
- Oczywiście. - Odrzekł Meri z dumą.
- Przesadziłeś. Najpierw ziemia, potem kupa. Nie zyskamy jego sympatii, jeśli będziesz go tak traktował. - Skarciła go, co rzadko się zdarzało.
- Niech się cieszy, bo po tym jak cię potraktował, miałem ochotę wyczarować krowę, która narobiłaby mu prosto na głowę. Zrobiłbym to, ale powściągnął swój temperament po pierwszej salwie gówna.
Hinata wyobraziła sobie, jak Sasuke spogląda w górę i widzi nad sobą krowę, w uniesionym ogonem. Nawet ją taki widok by zaskoczył, a mowa że kogoś, kto nie zna jej małego przyjaciela i jego pomysłów. Choć nie powinna, zaśmiała się. Atmosfera między przyjaciółmi ponownie się ociepliła. Meri użył kolejnego zaklęcia, dzięki któremu koszula Sasuke zyskała nieskazitelną biel. Była ładniejsza, niż przed pierwszym atakiem skrzata z bryłą ziemi. Dziewczyna mogła więc wrócić z nią do Uchihy. Tym razem szła dużo ostrożniej, aby nie zjechać tak jak poprzednio na pupę. Już przyzwyczaiła się do ciągłego potykania. Miała nadzieję, że to jej kiedyś przejdzie, choć nikt nie wiedział kiedy i czy w ogóle. To była sprawka jej przyjaciela i jednego z jego czarów, które nie wiedzieć czemu nie zadziałało tak jak powinno. Meri chciał, aby była zwinna jak rusałka. To miało umożliwić jej poruszanie się po lesie bezszelestnie i ułatwienie zarówno uciekania, jak i szukania dzikich zwierząt. Problem w tym, że aby być rusałką, musiała zdjąć buty. Tylko wtedy czar działał bez zastrzeżeń. Zaklęcie miało jednak skutek uboczny. Kiedy na stopach dziewczyny znajdowało się obuwie, stawała się straszną ofermą i potykała się praktycznie o wszystko co tylko lekko wystawało i o co mogła się zaczepić.
Tym razem dotarła do bruneta bez dziwnych wypadków. Podała mu jego własność.
- Wystarczy gdzieś zawiesić, to powinna dość szybko wyschnąć.
Kiwnął jej jedynie głową na potwierdzenie. Zanim zarzucił na gałąź, obejrzał dokładnie. Nie było śladów jakiegokolwiek użytkowania. Nawet plama, którą sam kiedyś zrobił i nie doprał zniknęła. Dziewczyna się postarała. Czuł jej obecność tuż za sobą. Po całej tej akcji mógł chociaż wysłuchać co od niego chciała. Odwrócił się i spojrzał zrezygnowany. To nie mogło mu się spodobać. Postanowił, że postara się nie zdenerwować od razu.
- To co ode mnie chciałaś? - Zapytał zrezygnowany.
- Ja? - Jego pytanie ją zaskoczyło. Zreflektowała się szybko, wyprostowała i odpowiedziała. - Chciałabym abyś mnie nauczył walczyć.
Chwilę trawił jej słowa. Zastanawiał się czy to czasem nie jest jakiś żart.
- Co ci przyszło do głowy, aby mnie o to prosić? - Zapytał dalej nie dowierzając, że mogła za nim iść taki kawał drogi w takiej sprawie.
- Jesteś najlepszy we wiosce. To normalne, że proszę ciebie.
- Owszem, jestem, ale pomysł mimo tego jest głupi. Nie bawię się w nauczanie. Możesz więc wracać do wioski, bo u mnie nie masz czego szukać.
Poddałaby się, ale na ucho szepnął jej skrzat, by tego nie robiła, jeśli szczerze kocha Naruto.
- Nie poddam się tak łatwo. Zrobię wszystko co będziesz chciał, abyś mnie trenował.
- Co masz na myśli mówiąc wszystko? - Zaczynał przypuszczać, że go okłamuje, a chce trenować tylko dlatego, by być bliżej niego. To byłby i tak najlepszy z pomysłów, z jakimi do tej pory miał do czynienia.
- No... - Zawahała się, bo nie przemyślała swoich słów wcześniej. - Mogłabym ci na przykład sprzątać, gotować, prać albo nosić broń. Zrobię wszystko.
- Po co ty w ogóle chcesz trenować?
- Chcę w przyszłym roku wygrać zawody. - Wypięła się dumnie.
- Po co ci to? - Nie było po nim widać złości, a jedynie zrezygnowanie.
- To moja prywatna sprawa i nie mogę ci tego zdradzić. - Odrzekła, uśmiechając się z lekkimi rumieńcami.
- Skoro nie wiem po co ci to, to nie będę cię uczył. - Nie czekał na odpowiedź. Wykorzystał okazję i po prostu odwrócił się do niej tyłem. Dotknął koszuli jakby liczył, że jest już sucha.
Meri nie wytrzymał. Przejął kontrolę nad Hinatą.
- Co cię w ogóle obchodzi jaki mam powód? - Słowa choć padały z ust Hinaty, nie pasowały do niej. - Musisz wszystko wiedzieć, aby komuś pomóc? Niezależnie co bym powiedziała, to i tak byś się nie zgodził. Wielki pan ą i ę. Wszystko wiem, wszystko potrafię i wszystkich mam w dupie. Lekceważysz nawet swojego przyjaciela.
Meri nie zdołał dłużej utrzymać połączenia. Hinata odzyskała kontrolę nad sobą. Słyszała jakie słowa wypowiadały jej usta. Nie dało się tego cofnąć. Czuła się bardzo głupio. Chciała naprawić sytuację, dlatego musiała powiedzieć to czego wcześniej nie planowała. On patrzył na nią oniemiały.
- Przepraszam. Wcale tak nie myślę. To było w złości. Chcę trenować, aby wygrać turniej. To jedyny sposób, aby Naruto mnie zauważył. Sakura jest bardzo silna i nie łatwo będzie stawić jej czoła. Ja nie mam nikogo, kto mógłby mi pomóc. Proszę ciebie, bo nikt nie ma takiej wiedzy i umiejętności. Jeśli mam zaimponować Naruto, nie mogę odpaść jako pierwsza. Proszę, daj mi choć kilka lekcji.
Nie był przekonany czy mówi prawdę. Nie chciał jej też trenować. Miała jednak charakter i powiedziała kilka słów, które do niego trafiły. Mógł rozegrać to inaczej.
- Zawrzyjmy umowę. Ty zrobisz coś dla mnie, a w zamian ja wyszkolę cię tak, abyś stanęła do turnieju i dotarła przynajmniej do finału.

  * * * * *
Sorki za błędy i całą resztę. Zapomniałam zabrać ze sobą laptopa na wyjazd. Musiałam pisać na telefonie, co bardzo wydłużyło czas pisania tego rozdziału. Rodzina prawie mnie zjadła za to, że tyle czasu klikałam w ekranik smartfona. Mam jednak nadzieję, że nie wyszło źle.